Matematyka, procenty i mandaty…. czyli ordynacja proporcjonalna

Pisałem już o Jednomandatowych Okręgach Wyborczych, a dziś chciałbym się zająć ordynacją, którą wszyscy znamy i kochamy – ordynacją proporcjonalną i narosłymi wokół niej mitami.

W Polsce co i rusz powraca pytanie, czy nasz system wyborczy jest dobrze skonstruowany. Czy przez ordynację proporcjonalną mamy zabetonowaną scenę polityczną i oglądamy cały czas te same, partyjne twarze? Czy można ten system naprawić? A jeśli można – to jak?

Sprawa jest niestety bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Nie ma panaceum na problemy z polityką. No dobra… gdybyśmy wszyscy zaczęli aktywnie działać społecznie i politycznie, a frekwencja w wyborach wyniosła 90%… Ale komu by się chciało?

Owszem, ordynacja proporcjonalna wywołuje pewne skutki uboczne i ma swoje wady, ale nie można zrzucać wszystkich problemów z polską polityką na jeden element systemu, tylko dlatego, że jest bardziej “jaskrawy” niż inne. To pójście na łatwiznę.

Mając to na uwadze, przejdźmy do omówienia ordynacji proporcjonalnej.

Procenty, listy i mandaty

Ordynacja proporcjonalna (w uproszczeniu) polega na tym, że podczas wyborów tworzy się wielomandatowe okręgi wyborcze. Z każdego okręgu do Sejmu wchodzi kilku kandydatów. Wyborcy i wyborczynie głosują na kandydatów podzielonych według list wyborczych. Żeby ustalić kto dostanie mandat sprawdza się, która lista wyborcza dostała w sumie najwięcej głosów – wtedy wiadomo ilu kandydatów z danej listy będzie mogło dostać się do Sejmu. Z kolei poszczególni kandydaci wchodzą do Sejmu w kolejności zgodnej z ilością oddanych na nich głosów (w ramach jednej listy wyborczej).

Ale to nie wszystko, gdyż istnieje kilka metod obliczania podziału mandatów, np. Metoda Sainte-Laguë, która preferuje mniejsze partie albo Metoda D’Hondta, która jest korzystniejsza dla większych ugrupowań. Brzmi to nieco skomplikowanie, ale tak naprawdę sprowadza się do obliczania proporcji, ilorazów i dzielenia “z resztą”. W gruncie rzeczy – to matematyka na poziomie ostatnich klas szkoły podstawowej.

W czym więc tkwi problem?

Mity i konie pociągowe

Wiele osób uważa, że w ordynacji proporcjonalnej głosuje się “na listę a nie na kandydata”, bo kandydaci wchodzą do sejmu w kolejności, w której znajdują się na listach wyborczych. To mit! Prawda jest taka, że do Sejmu dostaną się kandydaci i kandydatki, którzy uzyskali największą ilość głosów. Jest jednak kilka “ale”. Wyborcy często bez zastanowienia stawiają krzyżyk przy pierwszym nazwisku na liście. “Jedynka” ma więc znaczenie taktyczno-psychologiczne. Ten, kto jest na szczycie listy z automatu będzie dostawał więcej głosów niż jego partyjni koleżanki i koledzy.

Panuje też przekonanie, że, ze względu na nieoczywisty sposób obliczania wyników wyborów, każda partia, co kadencję, zmienia “pod siebie” ordynację wyborczą lub w inny sposób macza palce w metodzie przeprowadzania wyborów. Nie jest to prawda. Taki przypadek miał miejsce jeden raz w historii III RP, a do tego zmiana w zasadzie przełożyła się korzystnie na odwzorowanie preferencji wyborców (ale potem została cofnięta). A jeśli chodzi o inne manipulacje, to łatwiej o nie w przypadku jednomandatowych okręgów wyborczych (np. gerrymandering).

I wreszcie, trzeba pamiętać o tym, iż do obliczenia ilości przysługujących mandatów zlicza się i sumuje wyniki wszystkich kandydatów z jednej listy wyborczej. Oznacza to, że popularna osoba (tzw. „koń pociągowy„) może zebrać tak dużo głosów, że “zdobędzie” mandat dla słabszych koleżanek i kolegów.

Pokażę Ci to na przykładzie.

[Grafika: Zdjęcie przedstawia stos arbuzów, z czego jeden z owoców jest przecięty na pół, ukazując czerwony miąższ i pestki.]
Obliczanie wyników wyborów w systemie proporcjonalnym na pierwszy rzut oka niewiele się różni poziomem abstrakcji od szkolnych zadań o kupowaniu dziesiątek dyń i arbuzów.

Załóżmy że mamy pięciomandatowy okręg wyborczy z dwoma listami komitetów wyborczych: KW “Pomarańczowi” i KW “Winogronowi”. Na każdej z list jest po 5. kandydatów.

Jeżeli Elżbieta Popularna z listy wyborczej “Pomarańczowych” zdobędzie 45.000 głosów, a reszta kandydatów tylko po 9.000 i mniej, a na drugiej liście każdy kandydat dostanie po 10.000 głosów (w sumie 50.000), to “Pomarańczowi” zdobędą (licząc w przybliżeniu) 3 mandaty, a Winogronowi tylko 2. 

Tym samym. sukces Elżbiety Popularnej spowoduje, że do Sejmu wejdzie również dwoje kandydatów, którzy uzyskali tylko 1.000 głosów, mimo że mieli gorsze wyniki niż kontrkandydaci, którzy do Sejmu nie weszli.

głosy

Czy jest to sprawiedliwe? Trochę nie, a trochę „sprawiedliwość nie ma tu nic do rzeczy”. Na pierwszy rzut oka może rzeczywiście wydawać się nieuczciwe i ustawione, że kandydaci z mniejszą ilością głosów dostaną się do Sejmu, ale z drugiej strony założenie jest takie, że w zasadzie głosujesz na kandydatów o zbliżonych poglądach i gdyby na liście zabrakło Pani Popularnej, to zagłosowałbyś (zagłosowałabyś) na innego kandydata z listy “Pomarańczowych”. Jest to, najzwyczajniej, dość toporny sposób na to, żeby głos wyborcy się nie zmarnował.

Za wysokie progi

Kolejnym problemem jest kwestia progu wyborczego. Progi wyborcze nie są obowiązkowym elementem systemu proporcjonalnego, jednak obowiązują one w Polsce (5% dla komitetów i 7% dla koalicji) i w wielu innych państwach. Żeby w ogóle wejść do Sejmu komitet wyborczy (czyli w zasadzie – dana partia) musi uzyskać w skali kraju 5% głosów. Z jednej strony próg wyborczy przeciwdziała nadmiernemu rozdrobnieniu Sejmu i tworzeniu dziwnych, nietrwałych koalicji i licznych “języczków u wagi”. Z drugiej jednak strony stosunkowo wysoki próg wyborczy uniemożliwia wprowadzenia nowych graczy na scenę polityczną. Swego rodzaju “ciekawostką przyrodniczą” stał się chociażby ciągły problem partii Janusza Korwin-Mikkego z przekroczeniem progu wyborczego.

W mojej ocenie należałoby przynajmniej obniżyć próg wyborczy do wysokości 3%. Jest to wynik, który uzyskać może ugrupowanie o pewnym poziomie rozpoznawalności. Tyle tylko, że sama wysokość progu nie jest przyczyną problemów trapiących polską politykę, a wyłącznie pogłębia te już istniejące (jak marazm polityczny wyborców i niechęć szukania nowych rozwiązań).

Dodatkowym utrudnieniem jest istnienie tzw. naturalnych progów wyborczych. Jak mogłeś (mogłaś) zauważyć, przy obliczaniu miejsc w Sejmie dla kandydatów stosuje się proporcje. Naturalnie, im więcej mandatów na okręg tym łatwiej odwzorować procentowe wyniki wyborów w podziale mandatów.

Wracając do naszego przykładu – trzydziestoprocentowy wynik komitetu wyborczego “Winogronowych” w pięciomandatowym okręgu dałby im „półtora” mandatu. To ile miejsc w Sejmie powinni otrzymać – jedno czy dwa? A może mają się podzielić miejscem z kandydatem „Pomarańcowych”? Innymi słowy, naturalny próg wyborczy powoduje, że im mniejszy okręg wyborczy, tym w praktyce nieproporcjonalnie wyższy trzeba mieć wynik, żeby zdobyć każdy kolejny mandat.

Alternatywy – Pojedynczy Głos Przechodni

Czy w takim razie, oprócz systemów: proporcjonalnego i jednomandatowego, istnieje jakaś alternatywa? Czy wymyślono system, który łączyłby możliwość głosowania na konkretną osobę ze zadowalającym odwzorowaniem globalnych preferencji politycznych, a jednocześnie który przeciwdziałałby marnowaniu głosów?

Otóż, może Cię zaskoczę (chyba, że przeczytałeś (przeczytałaś) tytuł akapitu), ale tak.

W systemie Pojedynczego Głosu Przechodniego (Single Transferable Vote, STV) głosuje się na indywidualnych kandydatów przy użyciu skali rangowej. W uproszczeniu – stawiasz numery przy możliwie największej liczbie nazwisk. Potem, podczas obliczania wyników wyborów odrzuca się kolejno najsłabszych kandydatów, a ich głosy “rozdaje się” pozostałym kandydatom w takiej kolejności w jakiej zaznaczyłeś (zaznaczyłaś) na karcie do głosowania. W ten sposób  nie zmarnuje się ani jeden głos.

System ten ma jedną, dużą wadę. Jest czasochłonny – zarówno dla wyborcy, jak i dla komisji wyborczej. Głosy trzeba przeliczać w sposób wieloetapowy i im więcej jest kandydatów tym jest trudniej (chociaż komisja wyborcza może sobie pomóc używając odpowiedniego programu komputerowego do automatycznego rozdzielania głosów). Z kolei w przypadku wyborców znów może pojawić się problem, polegający na tym, że ludzie postawią “jedynkę” przy kandydacie na szczycie listy i pójdą do domu.

Który system wybrać?

y7TktkpTURBXy9iZmVhNDU1ODVlZmRlMjcwNWZiNWZiMjYyOTFkOGY2Yi5qcGeSlQMAI80D580CMZMFzQMMzQFo.jpg
Na zdjęciu: skuteczna alternatywa wobec jakiejkolwiek ordynacji.

Po stronie jakiego systemu powinieneś (powinnaś) się zatem opowiedzieć? Ostatecznie, nie ma i nie będzie rozwiązania idealnego i dobrej odpowiedzi na to pytanie.

Ja na przykład pozostaję zwolennikiem proporcjonalnej ordynacji wyborczej (może z kilkoma drobnymi zmianami – w kierunku systemu mieszanego, łączącego listy wyborcze z systemem STV). Jednakże wszystkie odpowiedzi będą mniej lub bardziej złe, zależnie od tego, jaki cel chcesz osiągnąć.

Istotą demokracji nie jest bowiem to, jak dokładnie procenty przekładają się na wygrane naszych ulubionych kandydatów, a raczej – realizacja zasady pluralizmu politycznego, czyli zapewnienie, że poglądy społecznie istotnej grupy wyborców, do której należymy, będą brane pod uwagę. W zasadzie chodzenie na wybory, chociaż nazywa się je “świętem demokracji” to tylko drobny jej element. Filarami demokratycznego systemu wyborczego są bowiem: świadome podejmowanie decyzji oraz wiedza i zaangażowanie w bieżące życie polityczne. W tym równaniu słowo “świadome” jest słowem-kluczem.

Doskonałym przykładem tego, jak nie powinno wyglądać zaangażowanie polityczne, jest sytuacja, która przytrafiła się mojemu znajomemu. Otóż, rozmawiał on z pewnym mężczyzną na temat sympatii politycznych. Mężczyzna ten, wspominał w dobrych słowach o ustrojach państw Skandynawii, sprawiedliwym systemie podatkowym, pomocy dla potrzebujących itd. itp. Praktycznie wyrecytował  program Partii Razem. Swój wywód skonkludował słowami: “… i dlatego w wyborach zagłosuję na Nowoczesną.

Nie mówię, że .Nowoczesna jako taka jest złym wyborem. Chodzi wyłącznie o to, że jej wyborca zdecydował się oddać na nią głos właściwie wbrew swoim poglądom i interesom. Słyszał, że “gdzieś dzwoniło”, ale niestety w złym kościele. Brakowało mu zapewne pełnej świadomości co do skutków programu wyborczego danej partii i zależności pomiędzy warunkami życia w danym państwie a sposobem dochodzenia do tego stanu.

Koniec końców, kiedy w społeczeństwie brakuje wnikliwego spojrzenia na politykę, a dominują slogany i hasła wyborcze, przestaje mieć znaczenie, kto głosuje, a nawet, kto liczy głosy. Głos oddany w urnie wyborczej i tak pada na chybił-trafił.

Bywaj!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s